Feature Friday: Marta Karczewska

Wyświetlenia: 2327

Stary Volkswagen Transporter. Domowy kompot. Tatuaże. Jedno z najbardziej przytulnych miejsc jakie znamy. Warszawa. Połącz kropki, a z zakreślanki wyjdzie Marta Karczewska. Prawdziwie wolny duch, my prawdziwie cieszymy się, że Marta gotuje z nami. Gotuje, wprawia nas w dobry humor, jest trochę szalona - nie mogliśmy oprzeć się, by wrócić z Feature Fridays. Poznajcie Martę - najpierw w wywiadzie, a następnie przy wspólnym stole. Polecamy! Z całego serca! 

Zdjęcia: Natalia Kontratkiewicz

Marta, herself

Marta, co sprawia Ci radość, tak na codzień?

Zdecydowanie małe przyjemności – to, że ktoś powiedział coś śmiesznego w tramwaju, zjadłam kilka kostek ulubionej czekolady z orzechami albo mam ciepłe dłonie. Te drobnostki działają na mnie i ja działam na nie. To moja baza, bo zasypiając myślę głównie o tym co się wydarzyło w ciągu dnia, dopiero później o podbojach nieznanego. Mój dom jest przez to przepełniony rzeczami, nie tylko z dalekich podróży. To trochę zaczyna podchodzić pod dziwaczne zbieractwo, chociaż niektórzy wolą to nazywać kolekcjonerstwem. I nie mowa tu tylko o rzeczach kupionych, a dosłownie znalezionych – muszle, kamyki, liście do zasuszenia. Kieszenie też mam tego pełne. Kiedyś miałam taki okres, że podczas spacerów spotykałam wiele krzeseł (takich starych, trochę wypaczonych albo łuszczących się z farby), te których nie przestawiałam w dogodniejsze miejsca do flaneuryzmu kończyły ze mną w domu.

Chwilę temu gościłaś u siebie na kolacji  dziesięć osób. Jakie to uczucie, tak zaraz przed? Był stres? A jak to jest chwilę po, kiedy zamkniesz drzwi za ostatnim gościem?

To takie reisefieber, ale dosłownie tuż przed. Bez stresu. Jeśli mam jakąś wizję konsekwentnie ją realizuję. Towarzyszy temu jeszcze upór, że sama dam radę. No więc to jest tak, że kupując składniki dzień przed cieszę się tym i bawię, ale organizując stoły - na za dwie godziny wydarzenie - zaczynam czuć presję. To może brzmi szalenie, ale zawsze się sprawdza. Potem przychodzi konfrontacja – wraz z pierwszym gościem, no i pojawia się jeszcze większa logistyka – jak być w kuchni i przy stole zarazem. Dopiero z ostatnim odłożonym sztućcem kształtuje się przestrzeń na odczucia - działanie im ustępuje. Wychodząc goście to właśnie zostawiają przy stole. Ja lubię usiąść na miejscu któregoś z nich i złapać jakiś ostatek, z nogami na blacie. Wtedy mam poczucie, że to była dobra robota. Nie wcześniej niż po wszystkim. Chyba dopiero wtedy dochodzi do mnie, że nie ma sztućca który by został w szufladzie i z każdego talerza w domu było jedzone. Mieszkając w pojedynkę nawet zastawę postrzega się inaczej. Na zmywanie w wannie pewnie też bym bez tej kolacji nie wpadła.

Gotujesz głównie wegetariańsko. Wszystkie magiczne składniki: seitan, chia i inne superfoods trudno znaleźć w Twojej kuchni. Twoje dania mają taki… tradycyjny charakter, ktoś mógłby powiedziec nawet, żę staroświecki. Jednocześnie - patrząc na zdjęcia z Twojej kolacji można prawie poczuć domowe aromaty przez szklaną szybkę ekranu. Jesteś taką starą, poczciwą duszą w kuchni?

Często żartuję, że we mnie siedzi taka stara baba, ale to co zauważyłeś bierze się z czegoś innego. Te superfoodsy mi się zwyczajnie trochę już przejadły. Wkurza mnie też to, że przedrostek super można śmiało zamienić na fast - przynajmniej w Warszawie. Jest dużo wege miejsc, i w większości z nich jest ten oklepany chia pudding, i humus w karcie. Na tyle miejsc i możliwości można to tylko skwitować - nudy i monotonia. Wychodzę z założenia, że dieta ta opiera się na warzywach i owocach – to one grają w moich potrawach pierwsze skrzypce. Fajnie jest czasem oddać się modzie na coś, ale ważniejsza od niej dla mnie jest sezonowość. Poprzez jedzenie buduję taką historię jaką chcę opowiedzieć, stwarzam jakiś moment. Dla mięsożerców gotuję nieco inaczej, by stworzyć okazję do zbliżenia. Ludzie mówią, że czegoś się nie da jak sami tego nie potrafią –nie warto wrzucać ich od razu na głębokie wody tempehu. To może być fajna zajawka na później, bo smutno to przyznać, ale wiele osób po prostu boi się obchodzić z warzywami w wydaniu solo. Brukselki potrafią wtedy urosnąć do rangi najgroźniejszych potworów.
Farciara ze mnie, bo mam możliwość korzystania z dobrodziejstw jakie dają mi dwa bazary pomiędzy którymi mieszkam. Wrzucam więc tą lokalność do gara - resztę dodaję od siebie.
Rozkładając moje dotychczasowe menu dostrzeżesz jak bardzo jest przemyślane – pierwszy obiad to były w zasadzie same popisowe pozycje, takie przedstawienie się i powiedzenie: cześć, jestem Marta! Kolejny - przez to, że świąteczny musiał kojarzyć się z tym konkretnym okresem, ale też być na tyle zdystansowany żeby nie dublować tego co wszyscy będą jeść przez kolejny tydzień świąt. Nic nie było przypadkowe.

Specjały domu.

A kompoty? To w ogóle kompoty się jeszcze pija? Skąd wzięło się Twoje zauroczenie?

No jasne, że tak! To właśnie przez kompoty po raz pierwszy zetknęłam się z charytatywnym kupowaniem jedzenia, kiedy to pieniądze ze sprzedaży były przeznaczane na schroniska. Mój romans z kompotami zaczął się przez dziadków i ich działkę – dziadek ma na niej kilka jabłonek, porzeczki no i przede wszystkim uprawia tam pomidory. Co roku trochę zmienia się ten repertuar, ale w trakcie wakacji już na stałe mam wpisane w kalendarzu kilka dni spędzonych tylko w kuchni. Przeciery, konfitury i kompoty właśnie robię wtedy do bladego świtu. Odstawione na półki zbierają trochę kurzu – zapominam o nich aż do jesieni/zimy i wyjadam do kolejnego lata. Poza tym zabawa z etykietami jest przednia – „romantyczne ogórki kiszone - nacechowane muzycznie przez Otisa Reddinga”, „oliwa ostra jak nóż z filmu Polańskiego”, „przecierane z uczuciem pomidory”. Jeśli chodzi o robienie przetworów to jestem jak rasowa emerytka. Raz nawet ktoś przykleił mi taką kartę na drzwi wejściowe, że z mojego mieszkania bardzo ładnie pachnie - głównie jedzeniem.
W ambitnych planach mam przewertowanie książki z babcinej półki „domowy wyrób win” – no i oczywiście produkcję własną.

Ulubione danie Twojego autorstwa. Czym jest ta rzecz, do której wszyscy wzdychają kiedy pojawia się na stole?

Zazwyczaj przemycam je na stoły innych albo w podróż, bo sama nie lubię monotonii. Mam chyba dwa takie złote strzały - chlebek bananowy z orzechami i chutney z czerwonej cebuli. Ten pierwszy zawsze towarzyszy nam podczas wyjazdów wspinaczkowych znosząc najbardziej ekstremalne warunki transportu. Drugi to chyba jedyna z rzeczy którą przed wekowaniem skrupulatnie obliczam na ilość głów do obdarowania.

A jakbyś musiała wybrać jedno słowo, które opisałoby Cię w kuchni?

Łebska – i to nie tylko w kuchni. Robię wiele rzeczy na raz, wszystkie palniki są więc odpalone i piekarnik też jest w ruchu. Dużo się wtedy dzieje i to na bardzo małej przestrzeni, w krótkim czasie – czyli intensywnie, wielowątkowo i kompleksowo, na łapu capu – tak, jak lubię.

Na słodko, czy na słono?

Wytrawnie. Lubuję się w zdecydowanych, wyrazistych, głębokich i intensywnych smakach. Z dużą tolerancją ostrego. Sok brzozowy jest jednym z wyjątków potwierdzających regułę. Ale gdybym miała wytypować jeden smak który najbardziej lubię to pokazuję paluchem na umami.

O nie.

Twój dom wygląda niesamowicie - jak magiczna jaskinia przytulności. Które miejsce jest Twoim ulubionym? Masz swój ulubiony przedmiot?

Długo tkwiło we mnie przekonanie, że wcale nie lubię tego miejsca. Sporo czasu zajęło mi oswojenie go i zaadaptowanie na swoje gniazdko - ponad 3 lata. Bardziej niż jeden kąt uwielbiam jego plastyczność i to, że wciąż się zmienia. Teraz już mi to przeszło, ale na początku średnio raz w miesiącu mój salon padał ofiarą przemeblowania. Wykorzystałam wtedy chyba wszystkie kombinacje mebli, potem zaczęłam znosić do domu kolosalne ilości roślin. Stałam się też samozwańczym plantatorem awokado rozsadzającym pestki z każdego wyjedzonego owocu. Mam więc mini dżunglę. To jak wygląda to teraz jest wynikiem wszystkich eksperymentów i eskalacją tego czego mi potrzeba, czy w jaki sposób użytkuję rzeczy. Ulubionego przedmiotu chyba nie mam – w tym absurdzie picia z kubków prababci staram się do niczego nie przywiązywać. To w końcu nawet jeśli piękne i ze wspaniałą historią tylko rzeczy. Nawet tak sobie czasem myślę, że gdybym miała się przeprowadzać to nie wiem czy bym chciała coś zabrać ze sobą poza małym plecakiem i psem Budrysem. Stąd też ten samochód, nowy domek na kółkach – lubię mnożyć byty.

Jak myślisz, co Twoim gościom wydaje się wyjątkowe w Twoim domu?

Dobre pytanie. Sama się nad tym zastanawiam a zwłaszcza, kiedy kogoś zapraszam pierwszy raz. Moi znajomi zaproponowali żeby nagrywać te reakcje i zrobić kompilację tych pierwszych wrażeń właśnie. Ja tę przestrzeń traktuje jako odbicie mnie, nie wydaje mi się w żaden sposób wyjątkowa, chociaż widzę różnicę między innymi mieszkaniami. No wiesz, to jak z twarzą w lustrze. Te przedmioty naturalnie wrosły w to miejsce. Mam bardzo mocny charakter, a to ma z kolei wpływ na naznaczanie otoczenia w którym przebywam. Zaczęłam to nawet wynosić na ulice.

Jakiś czas temu zadeklarowałaś się, że raz w miesiącu będziesz przygotowywać charytatywną kolację. Skąd wziął się pomysł?

Najprościej mówiąc usłyszałam taki głosik w głowie, który nie znalazł żadnego argumentu przeciw. To jest po prostu wplecione w mój tryb życia czy sposób komunikowania się. Wbrew pozorom pomaganie da się ze wszystkim bardzo łatwo połączyć, wystarczy tylko zachcieć. Robienie różnych rzeczy akurat całkiem nieźle mi wychodzi. Angażuję się w co tylko mogę – kiedy więc mój znajomy zapytał mnie, czy nie chcę gotować dla grupy 18stu osób na wyjazdowych warsztatach fotograficznych pomyślałam – fajne wyzwanie, no i zgodziłam się. Po powrocie wpadło mi w oczy ogłoszenie o gotowaniu dla dzieciaków z Brześcia. Na fali siedzenia między patelniami i palnikami postanowiłam wystawić taki obiad u siebie w domu. Po tak dużej grupie przygotowanie czegoś dla 6ciu osób wydawało się łatwizną – nie myliłam się. To żeby nie był to jednorazowy wybryk teraz jest już dla mnie po prostu oczywiste. Stąd ta kontynuacja – rób zawsze i tylko dobro, i to dobrze.

Twoje ulubione polskie przysłowie związane z jedzeniem?

Mam taki jeden ukochany palindrom – może jutro ta dama da tortu jeżom.

Gdybyś mogła zaprosić jedną specjalną osobę na meala do Ciebie, kto by to był? Nazwiska, adresy!

Bez wątpienia takie zaproszenie wysłała bym do ekipy z Krajowego Centrum Inżynierii Kosmicznej i Satelitarnej. Dla mnie to takie polskie NASA, no a móc zapytać o wszystko związane z gwiazdami i kosmosem wydaje mi się nie do opisania. Sypiąc dalej nazwiskami w kolejce był by Ksawery Jasieński, czyli głos pierwszej linii Warszawskiego Metra no i obowiązkowo twórca strony na fb „długie, romantyczne wycieczki do lodówki”. Obok bym posadziła Jakuba Żulczyka i Rudkę Zydel – dwójkę mistrzów sklejania liter no i Adama Mazura, mojego dawnego wykładowcę dzięki któremu część rzeczy mi dalekich teraz jest na porządku dziennym. To mój dream team.

Co się teraz robi w Warszawie? Rada dla zaginionego turysty.

Warto wsiąść na rower – zima w tym roku jest wyjątkowo sprzyjająca jednośladom. Warto ogrzać się w którymś z Muzeów – kilka wystaw jest naprawdę godnych polecenia. Dużo warsztatów stolarskich otwiera też swoje drzwi na kilka godzin wspólnego majsterkowania. Wraz ze styczniem kończą się kiermasze nietrafionych prezentów świątecznych, to niezła okazja żeby złapać coś naprawdę odjechanego albo pozbyć się totalnej gafy.

Co przyniesie Ci 2018?

Ta myśl pcha mnie do przodu – czym zajmę się w tym roku. Mam kilka planów do realizacji przeplecionych ze znów nie małymi podróżami. W końcu moja stopa postanie po drugiej stronie równika. Póki co ta ósemka z tyłu jest dla mnie otwarciem na ilustrowanie. Wokół siebie mam kilka wyjątkowych osób z którymi aż się prosi żeby coś wspólnie spsocić. Takie figle właśnie planuję na dużo większą niż domową skalę, też przy stole i w kuchni, ale nie w pojedynkę – z jeszcze większą historią, ilością brzuchów no i tak zwaną pompą. Storytelling w pełnym wydaniu!